niedziela, 1 kwietnia 2018

Taleb Nassim Nicholas, Czarny łabędź - cytaty


Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń.
Taleb Nassim Nicholas.
2010


Każdy arogancki (i sfrustrowany) przeciętniak z Europy wygłasza te same stereotypowe opinie o Amerykanach: są według niego „niewykształceni”, „mało inteligentni” i „słabi z matematyki”, ponieważ w odróżnieniu od innych narodów nie lubują się w rozwiązywaniu równań oraz w omawianiu tematów, które europejskie średniaki zaliczają do „kultury wysokiej” – takich jak trasa inspirującej (i kluczowej dla rozumienia jego twórczości) podróży Goethego do Włoch albo szkoła malarska z Delftu. Człowiek, który wyraża takie przekonania, prawdopodobnie jest uzależniony od swojego iPoda, nosi niebieskie dżinsy i korzysta z programu Microsoft Word, żeby zapisywać swe refleksje „kulturowe” na pececie, od czasu do czasu przerywając proces twórczy, aby odnaleźć potrzebne informacje w wyszukiwarce Google. Cóż, tak się składa, że Ameryka jest obecnie dużo bardziej kreatywna od narodów, które sumiennie zwiedzają muzea i rozwiązują równania. Ze znacznie większym zrozumieniem podchodzi również do oddolnego kombinowania i szukania nowych rozwiązań metodą nieukierunkowanych prób i błędów. Proces globalizacji pozwolił Stanom Zjednoczonym wyspecjalizować się w twórczym aspekcie ludzkiej działalności, w dziedzinie produkcji pojęć i idei, a więc skalowalnych elementów towarów konsumpcyjnych. Poprzez eksport miejsc pracy Ameryka w coraz większym stopniu wyodrębnia mniej skalowalne elementy produkcji i zleca wytwarzanie tym narodom, które zadowala praca za stawkę godzinową. Projektowanie butów przynosi więcej pieniędzy niż ich faktyczna produkcja: Nike, Dell i Boeing zarabiają na myśleniu koncepcyjnym, organizacji pracy oraz wykorzystywaniu swojego know-how i pomysłów, podczas gdy czarną robotę odwalają fabryki podwykonawców w krajach rozwijających się, a nużącymi kwestiami technicznymi zajmują się inżynierowie z państw promujących kulturę wysoką i matematykę. Gospodarka amerykańska postawiła w dużej mierze na generowanie pomysłów, co tłumaczy, dlaczego utracie miejsc pracy w przemyśle może towarzyszyć wzrost standardu życia. Oczywiście wadą gospodarki światowej, w której te pomysły przynoszą zyski, są większe nierówności wśród autorów pomysłów oraz większe znaczenie zarówno okazji, jak i szczęścia – ale dyskusję socjoekonomiczną odłożę do Części III, a teraz skupię się na wiedzy.

*****

W 1998 roku, kiedy zacząłem pracę na własny rachunek, nazwałem moje laboratorium badawcze i firmę tradingową Empirica nie tylko z powodu niechęci do dogmatów, lecz także ze względu na znacznie bardziej przygnębiający fakt, że od czasów szkoły medycyny empirycznej musiało upłynąć jeszcze przynajmniej tysiąc czterysta lat, by medycyna się zmieniła i wreszcie stała się adogmatyczna, nieufna wobec teorii naukowych, głęboko sceptyczna i oparta na dowodach! Wniosek? Sama świadomość problemu zmienia niewiele – zwłaszcza gdy w grę wchodzą grupy nacisku i instytucje dbające o własny interes.

*****

Analogiczne stwierdzenia są tak powszechne, że przestaje to być śmieszne. We wrześniu 2006 roku fundusz inwestycyjny Amaranth, nazwany jak kwiat, który „nigdy nie umiera”, musiał zakończyć działalność, gdy stracił blisko 7 miliardów dolarów w kilka dni, co było najbardziej imponującą stratą w historii tradingu (kolejna ironia losu: dzieliłem biuro z tymi traderami). Kilka dni wcześniej firma wydała oświadczenie, w którym zapewniała, że inwestorzy nie mają żadnych powodów do zmartwień, ponieważ fundusz zatrudnia dwunastu specjalistów zarządzających ryzykiem – ludzi, którzy posługując się modelami uwzględniającymi dane z przeszłości, tworzą schematy występowania ryzyka strat. Nawet gdyby mieli stu dwunastu zarządzających ryzykiem, nie zrobiłoby to większej różnicy – i tak poszliby na dno. Najwyraźniej nie można wycisnąć z przeszłości więcej informacji, niż faktycznie ona zawiera; nie jestem pewien, czy kupno stu egzemplarzy dziennika The New York Times pomoże ci dowiedzieć się więcej o przyszłości. Po prostu nie wiemy, ile informacji niesie ze sobą przeszłość.

*****

W chwili, gdy piszę te słowa, pewien pacjent chce pozwać swojego lekarza na ponad 200 tysięcy dolarów – sumę, którą rzekomo przegrał w kasynie. Pacjent twierdzi, że środki, którymi leczono go na parkinsona, obudziły w nim niepohamowaną skłonność do hazardu. Okazało się, że to jeden ze skutków ubocznych lewodopy: niewielka, choć znacząca mniejszość leczonych nią pacjentów staje się nałogowymi hazardzistami. Oddają się hazardowi, ponieważ wydaje im się, że dostrzegają w przypadkowych liczbach wyraźne, powtarzalne wzorce, co ukazuje związek między wiedzą a przypadkowością. Płynie stąd również wniosek, że niektóre aspekty tego, co nazywamy wiedzą (a co ja nazywam narracją), stanowią w rzeczywistości przykrą dolegliwość.

*****

Ponad dwa tysiące lat temu rzymski orator, pisarz, myśliciel, stoik, polityk-manipulator i (zazwyczaj) prawy dżentelmen Marek Tuliusz Cyceron opowiedział następującą historię. Niejakiemu Diagorasowi, człowiekowi niewierzącemu w bogów, pokazano portrety ludzi wierzących, którzy modlili się w czasie sztormu i przetrwali katastrofę morską. Była to sugestia, że modlitwa chroni przed utonięciem. Diagoras zapytał jednak: „A gdzie są portrety tych, którzy się modlili, a potem utonęli?”.

Wierzący topielcy byli martwi, więc trudno byłoby im opisać swoje doświadczenia z dna morza. Dlatego też stosunkowo łatwo przekonać przypadkowego obserwatora do wiary w cuda.

Nazywamy to problemem milczących dowodów. To prosta, lecz ważna i uniwersalna koncepcja. Większość filozofów próbuje prześcignąć tych, którzy tworzyli przed nimi, tymczasem Cyceron jeszcze do niedawna bił na głowę niemal wszystkich filozofów empirycznych, którzy tworzyli po nim.

*****

Problem polega na tym, że trudno nam się uwolnić od swoich pomysłów: kiedy stworzymy jakąś teorię, prawdopodobnie już nie zmienimy zdania – dlatego ci, którzy wstrzymują się z tworzeniem teorii, osiągają lepsze wyniki. Jeśli wyrobicie sobie opinię na podstawie słabych dowodów, trudno wam będzie zinterpretować późniejsze informacje sprzeczne z tą opinią, nawet jeśli owe nowe informacje będą znacznie dokładniejsze. Mamy tu do czynienia z dwoma mechanizmami: błędem potwierdzenia, który poznaliśmy w Rozdziale 5, i trwałością przekonań, tendencją do trzymania się posiadanych poglądów. Pamiętajcie, że opinie traktujemy jak swoją własność i trudno byłoby nam się z nimi rozstać.

*****

A to sprowadza nas do ataku sir doktora profesora Karla Raimunda Poppera na historycyzm. Jak wspomniałem w Rozdziale 5, było to jego najważniejsze dokonanie, chociaż niewielu o nim słyszało. Ludzie, którzy nie znają dobrze twórczości Poppera, skupiają się zwykle na popperowskiej falsyfikacji, która służy weryfikacji twierdzeń. Ta perspektywa zaciemnia jego zasadnicze przesłanie: Popper uczynił sceptycyzm metodą naukową, dzięki niemu sceptycy zaczęli być konstruktywni.

Poirytowany Karol Marks spłodził diatrybę pod tytułem Nędza filozofii w odpowiedzi na esej Proudhona Filozofia nędzy; z kolei Popper, rozdrażniony współczesnymi sobie filozofami, którzy wierzyli w naukowe poznanie historii, napisał Nędzę historycyzmu, żartobliwie nawiązując do tytułu tekstu Marksa2.

Popper twierdził, że mamy ograniczoną możliwość przewidywania wydarzeń historycznych, dlatego należy zdegradować miękkie dziedziny, takie jak historia i nauki społeczne, do poziomu nieco powyżej estetyki i rozrywki, na równi z kolekcjonowaniem motyli albo numizmatyką. (Popper odebrał klasyczną wiedeńską edukację, więc nie posunął się aż tak daleko; ja owszem. W końcu pochodzę z Amjun). Tym, co określił mianem miękkich nauk historycznych, są dziedziny uwarunkowane narracyjnie.

Podstawowy argument Poppera brzmi następująco: żeby przewidzieć wydarzenia historyczne, trzeba przewidzieć innowacje technologiczne, które są fundamentalnie nieprzewidywalne.

*****

Człowiek o niskim poziomie arogancji epistemicznej nie zwraca na siebie uwagi, jak nieśmiały gość na przyjęciu. Ludzie skromni, którzy starają się nie spieszyć z ferowaniem sądów, nie budzą w nas szacunku. Pomyślcie teraz o skromności epistemicznej. Wyobraźcie sobie głęboko introspektywną osobę znękaną świadomością własnej ignorancji. Brakuje jej brawury cechującej idiotów, za to jak mało kto ma odwagę powiedzieć: „Nie wiem”. Nie przejmuje się, że wyjdzie na durnia albo, co gorsza, nieuka. Waha się, nie chce się zadeklarować i martwi się konsekwencjami błędnej oceny sytuacji. Bez końca oddaje się procesowi introspekcji, aż w końcu czuje się wyczerpana fizycznie i psychicznie.

To nie musi oznaczać, że brakuje jej pewności siebie – być może nie ufa własnej wiedzy. Taką osobę nazywam tu epistemokratą, a domenę, w której prawa ustalane są z uwzględnieniem ludzkiej omylności, nazywam epistemokracją.

*****

Macie zamiar kolejny raz popełnić ten sam błąd prognostyczny. A wystarczyłaby tylko odrobina introspekcji, żeby go uniknąć!

Psychologowie badali to zjawisko w kontekście zarówno przyjemnych, jak i nieprzyjemnych zdarzeń. Przeceniamy wpływ obu rodzajów przyszłych wydarzeń na nasze życie. Prawdopodobnie wynika to z naszej konstrukcji psychicznej, którą Danny Kahneman nazywa oczekiwaną użytecznością, a Dan Gilbert – prognozowaniem afektywnym. Nie chodzi o to, że mamy tendencję do błędnego prognozowania swojego przyszłego szczęścia – sęk w tym, że nie uczymy się rekurencyjnie ze swoich wcześniejszych doświadczeń. Fakt, że nie wyciągamy wniosków z błędnych prognoz naszych stanów afektywnych, świadczy o blokadzie mentalnej i zaburzonym odbiorze rzeczywistości.

*****

Zwróćcie uwagę, że przed erą chrześcijaństwa w wielu społeczeństwach wpływowi mężczyźni mieli wiele żon, odbierając mężczyznom o niskim statusie dostęp do macic; przypomina to pod wieloma względami wyłączność reprodukcyjną samców alfa w wielu gatunkach. Zmieniło to chrześcijaństwo, wprowadzając zasadę: jeden mężczyzna – jedna kobieta. Później islam ograniczył liczbę żon do czterech. Poligamiczny dawniej judaizm stał się monogamiczny w średniowieczu. Można powiedzieć, że ta strategia okazała się sukcesem – instytucja ściśle monogamicznego małżeństwa (bez oficjalnej konkubiny, jak w czasach grecko-rzymskich), nawet praktykowanego „na sposób francuski”, zapewnia stabilizację społeczną, ponieważ eliminuje problem rozjuszonych mężczyzn o niskim statusie bez partnerek seksualnych, którzy mogliby wywołać rewolucję tylko po to, żeby mieć szansę spłodzić dziecko.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz